rozdział V

Wraz z Bellatrix weszłam do sali. Gdy Śmierciożercy spojrzeli na mnie od razu wstali. Poczułam się nieswojo, gdyż Lestrange odsunęła się ode mnie, a wszyscy wlepili we mnie wzrok.
-Usiądźcie -wymamrotałam i ruszyłam w stronę krzesła Toma, które ewidentnie różniło się od innych. Było wyższe, a jego oparcie było okute ozdobnymi detalami. Śmierciożercy usiedli. Bellatrix zajęła sobie miejsce przy moim przyszłym krześle, które było u szczytu stołu. Spojrzała na mnie z otuchą.
Postanowiłam zebrać się do kupy... I tak zrobiłam.
Spojrzałam na krzesło Toma i delikatnie przejechałam dłonią po jego oparciu. W sali panowała cisza, a wszystkie oczy były wlepione we mnie. Nie zwracając na to uwagi ujęłam krzesło i zaczęłam je odsuwać pół metra od stołu... Metr od stołu... Trzy metry... Aż postawiłam je przy ścianie. Spostrzegłam ruch przy stole. Śmierciożercy patrzyli po sobie zdumieni. Ja natomiast wróciłam do stołu, wyciągnęłam z kieszeni różdżkę i wyczarowałam krzesło. Również granatowe jak Toma, ale różniło się krojem, detalami. Było moje. Uśmiechnęłam się delikatnie i położyłam swoją różdżkę na stole niczym pióro, którym miałam za chwilę pisać. Spojrzałam na Śmierciożerców.
-Nie, nie jestem gówniarą, która dostała po braciszku spadek i myśli, że może wszystko. Owszem, mogę dużo, ale nie zamierzam przypisywać sobie zasług Toma. Zamierzam wami przewodzić przez jakiś czas, ale z czystym kontem. Nie chcę żeby ktoś traktował mnie jak waszego Czarnego Pana. Nie mam zamiaru wybijać za to, ale mam nadzieję, że przynajmniej większość zrozumiała -powiedziałam, patrząc po Śmierciożercach, a ci kiwnęli głowami. Spojrzałam na krzesło po czym usiadłam na nim. Nadal panowała cisza. Spojrzałam spokojnie po przybyłych, lecz pod stołem zaczęłam skubać skórki.- A teraz... Ni ciula nie wiem co mam robić -wyznałam rozglądając się lekko i odrzucając pomysł o grze w quidditcha.
-Mogę? -Spytał Dołohow. Kiwnęłam głową, odetchnąwszy z ulgą w duchu, że również stary Antonin dołączy się do Grupy Pomocy Dla Sieroty Riddle. Dołohow wstał spokojnie,a wszyscy wbili w niego wzrok.- Proponuję obmyślić plan co do wybicia szlam w Hogwarcie -powiedział z powagą po czym usiadł.
-Dobry pomysł -stwierdziłam z wyszczerzem, czując się w swoim żywiole. Zamyśliłam się na chwilę po czym spojrzałam na ludzi ubranych na czarno. Uśmiechnęłam się lekko.- Zatem widzę to tak.... -zaczęłam tłumaczyć mój misterny plan, który wymyśliłam na poczekaniu.
***
Kilka godzin po spotkaniu Śmierciożerców leżałam na podłodze w swoim pokoju i wgapiałam się w sufit zadowolona z siebie. Chyba dobrze mi poszło, bo pomysł na temat wybicia szlam spodobał im się. Cóż, wujek samo zło ze mnie. Tak mówiła na mnie Lestrange, gdy jako gówniarz wyrwał mi się jakiś pomysł o dręczeniu jakiegoś człowieka. Jak na siedmioletnie dziecko wymyślałam ładne metody tortur. Najbardziej podobał mi się ten, który wymyśliłam gdy miałam sześć lat. Był to pomysł numer 8 oznaczony gwiazdką. Polegał na wsadzeniu uśpionego delikwenta do wanny z kwasem, który wyżre jego skórę, a następnie wnętrzności. Resztę można zeskrobać z kości. Gotowy szkielet należało ładnie wyczyścić, ale żeby tu i ówdzie widniały jeszcze smugi krwi lub innych interesujących substancji. Tak ładnie zachowany delikwent miał już swoje honorowe miejsce na podwórku. Prosiłam Bellę, żeby zrobiłam mi w przyszłości ładne stryczki. Chciałam bowiem przewlec sznurek przez oczodoły trupów i powiesić na stryczkach. Lestrange wtedy zabrała mnie na gorącą czekoladę dumna, że jestem taka pomysłowa. Miała nadzieję, że wyrosnę na porządnego człowieka, bo byłam już na dobrej drodze. Kochana Bella.
Wtem do okna zastukała sowa. Spojrzałam na szybę, a za nią siedziała czarna jak noc sowa. Jej biała smuga na czole dała mi znak od kogo dostałam wiadomość. Uradowana zerwałam się z podłogi i podbiegłam do okna. Szybko wpuściłam sowę, która wleciała do środka, zatoczyła kółko nad moim łóżkiem, upuściła na nim list i wylądowała na moim ramieniu.
-Witaj Claw -powiedziałam wesoło i pogładziłam go po główce. Ten cicho zahuczał i poleciał w stronę Harmoo.
Z uśmiechem ruszyłam w stronę listu. Ujęłam kopertę w żaden sposób niezaadresowaną. Jedynie w prawym dolnym rogu widniał mały zwinięty wąż rysowany ręcznie. Radośnie otworzyłam kopertę i wyciągnęłam z niej czarną kartkę. Spojrzałam na białe litery wypisane na niej. Szybko przeczytałam krótką wiadomość po czym jeszcze bardziej się uśmiechnęłam. Włożyłam kartkę z kopertą do szuflady, wypełnionej mnóstwem czarnych kartek i kopert z małym wężem po czym pognałam w stronę szafy. Wyciągnęłam z niej ulubiony sweter. Następnie włożyłam różdżkę do kieszeni i pobiegłam na dół. Wyleciałam wesoło z domu i ruszyłam szybko na jego tyły. Otoczyły mnie krzaki, przez które zgrabnie się przedarłam i spojrzałam na drzwi na tyłach domu. W rogu podwórka stały czarne drzwi z czarną klamką oraz małym zwiniętym wężem w ich prawym dolnym rogu. Półtora metra za nimi był zwykły płot. Pognałam w ich stronę szybko po czym otworzyłam drzwi. Ujrzałam niebieską mgiełkę, która zakrywała co było za nimi. Na logikę to gdy otwiera się takie drzwi ujrzałoby się to co stoi za nimi, czyli w tym przypadku płot, a tutaj widać było jedynie mgiełkę. Bez zawahania weszłam w nią i szybko uderzył mnie zapach alkoholu i papierosów. Zamknęłam za sobą drzwi i znalazłam się na korytarzu. Już w tym pomieszczeniu widać było, że właściciel jest obrzydliwie bogaty, lecz nie przesadza z dodatkami. Wnętrze było wysublimowane, ładne, ciemne. Ruszyłam przed siebie znając każdy kąt tego domu. Nagle po mojej prawej stronie pojawiły się drzwi, prowadzące do kuchni, a po lewej znajdowało się wejście do ogromnego salonu. Na środku stała duża, biała kanapa odwrócona przodem do dużej plazmy. Przed kanapą stał szklany stolik, a na nim pusta szklaneczka po whisky.  Uśmiechnęłam się i spojrzałam na wielkie okno, które znajdowało się w salonie, ale widoczne było z korytarza. Za nim rozciągał się śliczny, zielony i bardzo czysty las. Weszłam do salonu, zeszłam z lekkiego podestu prosto na puchaty dywan. Spostrzegłam leżącą na nim czarną sukienkę. Trochę dalej koronkowy stanik. Przewróciłam oczami, widząc iż owe elementy ubioru prowadzą  do drzwi, które były lekko uchylone. Ruszyłam w ich stronę po czym pchnęłam je. Ujrzałam dużą, ciemną sypialnię. Naprzeciwko drzwi, na przeciwległej ścianie znajdowało się dwu, a nawet trzyosobowe łóżko z ładną krwistą narzutą i mnóstwem białych poduszek. Dookoła dużo obrazów, po prawej stronie duża, brązowa szafa, a z lewej fotel, który zajmował pewien mężczyzna wraz z kobietą, która siedziała mu na kolanach w samych koronkowych majtkach i wysokich szpilkach. Jej blond włosy opadały jej na plecy, a sama zajęta była eksponowaniem swoich dużych piersi przed mężczyzną, którego praktycznie nie widziałam. Kobieta za bardzo się wiła, bym dostrzegła zapewne zadowolony wyraz twarzy mężczyzny.
-Puk, puk -mruknęłam pakując się swobodnie do środka. Kobieta spojrzała na mnie zaskoczona. Była nawet ładna, a ja usiadłam spokojnie na łóżku.
Mężczyzna o długich, rudych włosach spojrzał na mnie z uśmiechem.
-Bekah -zaśmiał się niczym nie skrępowany.
-Witaj Egonie -odparła spokojnie.- Widzę, że przyszłam w odpowiednim momencie -dodałam z lekkim uśmiechem.
-Kto to? -Spytałam blondynka, nadal siedząc na kolanach dwudziestoletniego mężczyzny.
-Moja znajoma. Idź się czegoś napij -odparł delikatnie poklepując ją po pośladku. Ta wstała lekko zdziwiona i ruszyła do drzwi. Rudzielec wstał, przeczesując swoje piękne włosy. Był szczupłym i przyzwoicie umięśnionym mężczyzną o bystrych, brązowych oczach. Licha grzywka opadała mu na pół czoła dodając mu uroku wraz z okrągłym, czarnym kolczykiem w płatku nosa. Jego brązowa koszulka ciasno opinała jego klatkę piersiową i odsłaniała tylko część tatuaży. Czarne spodnie i męskie botki. Cały Egon. Uśmiechnął się lekko do mnie po czym rozłożył ramiona. Wstałam z wesołym uśmiechem i wtuliłam się w niego. Mężczyzna objął mnie mocno, kładąc brodę na mojej głowie.- Wybacz. Claw wyleciał z domu jakieś pół godziny temu. Zacząłem się trochę nudzić -wyjaśnił spokojnie.
-Wybaczam -stwierdziłam i odsunęłam się od niego.- Co u ciebie? Dawno się nie odzywałeś -powiedziałam wyraźnie urażona.
-Musiałem załatwić kilka spraw... Później wybrałem się do baru  i... Trochę mi tam zeszło... -mruknął, skrobiąc się po głowie.
-Schlałeś się, naćpałeś i poszedłeś na dziwki? -Spytałam, patrząc na niego z politowaniem.
-Jak ty mnie dobrze znasz -mruknął sięgając w stronę stolika, gdzie stała butelka ognistej. Nalał whisky do czystej szklaneczki po czym dolał do drugiej, w której na dnie szklił się bursztynowy płyn. Następnie podał mi jedną z nich i uśmiechnął się ładnie.- Idzie w niepamięć? -Spytał z nadzieją.
-Jeśli tak stawiasz sprawy... -stwierdziłam z uśmiechem i ujęłam szkło.- Idzie w niepamięć -powiedziałam po czym lekko stuknęłam szklaneczką o jego szklankę. Egon wyszczerzył się i razem napiliśmy się whisky.
-Co u ciebie? -Spytał siadając na fotelu, gdzie wcześniej zachwycał się biustem blondynki.
-Beznadziejnie. Zapisali mnie do Hogwartu -odparłam bez entuzjazmu.
-Coś ty takiego zrobiła, że cię tak ukarali? -Spytał zaskoczony.
-Nic w sumie. Podsunęłam im sposób jak zabić Pottera i Tom wypalił z genialnym pomysłem, żeby mnie tam wysłać -burknęłam i upiłam alkoholu.
-Podobno Voldemort nie żyje. To prawda? -Spytał cicho.
-Tak. Zmarł zamiast mnie, bo chce żebym zabiła Wybrańca -odparłam.
-Jak to zmarł za ciebie? -Zdziwił się.
-Jakiś mugol mnie postrzelił, prawie zdechłam i... -urwałam, bo usłyszałam jak szklaneczka Egona spotkała się z blatem stołu z hukiem.
-Jak to prawie zdechłaś? -Warknął.- Co ja ci mówiłem? Masz uważać na siebie!
-Nie denerwuj się tak, bo ci żyłka w dupie pęknie -mruknęłam spokojnie i przyłożyłam szklaneczkę do ust, ale ten wyrwał mi ją zdenerwowany.
-Przestań do cholery! Wiesz, że narobiłaś sobie problemów i większość ludzi chce twojej śmierci. Dlaczego się tak narażasz? -Warczał, patrząc na mnie zły. Straciłam odwagę. Egon był jedyną osobą, której czasami się bałam i tylko on na mnie krzyczał jak na nieznośnego gówniarza.
-A-ale... On mnie nie znał... Wystraszył się mnie i strzelił... -Wybełkotałam.
-I po chuj się tak narażasz!? Pewnie Bella wzięła cię na misję, tak? -Burknął, a ja delikatnie kiwnęłam głową.- Wiedziałem -warknął i odwrócił się do mnie plecami.
-E-Egbert -wybełkotałam cichutko.
-Nie mów tak do mnie -warknął groźnie i ruszył w stronę drzwi.
Patrzyłam za nim trochę przestraszona.
-Zaczekaj -jęknęłam i pobiegłam za nim. Jego rude włosy podskakiwały na jego plecach, gdy szedł przyspieszonym krokiem wyraźnie zły. Delikatnie dotknęłam jego łokcia, ale szybko cofnęłam dłoń. Jego skóra paliła niczym ogień.- Egon, uspokój się -jęknęłam cicho, przerażona swoimi wizjami co się zaraz stanie.
-Nie wierzę, że tak mogłaś się narazić. Wiesz przecież, że nie wytrzymałbym kolejnego pogrzebu. Zostałaś mi tylko ty. Nikt więcej -mamrotał rozzłoszczony.
-E-Ego... -urwałam, gdyż ten odwrócił się w moją stronę i mocno złapał mnie za ramiona. Natychmiast poczułam ból. Czułam jak moja skóra styka się z ogniem.
-Co "Egon"? Co "Egon"!? Nie tym razem! Nie przestanę się gniewać, gdy tylko zrobisz maślane oczka! Tego już za wiele, przesadziłaś! -Krzyczał, patrząc mi prosto w oczy, w których lśniły już łzy.
-Przestań -jęknęłam cichutko, czując smród palonej skóry. Jego dłonie oraz ręce były czerwone niczym kute żelazo. Ten spojrzał na swoje dłonie po czym szybko mnie puścił.
Skuliłam się lekko. W miejscach gdzie  mnie trzymał miałam poparzoną skórę. Zacisnęłam powieki z bólu.
-J-ja... Ja cię przepraszam -wybełkotał wracając do normalności. Jego dłonie przybrały normalny kolor.- Przepraszam -jęknął po czym szybko wyciągnął różdżkę i celując w moje rany zaczął mamrotać zaklęcia lecznicze. Spojrzałam na niego ze łzami na policzkach.
-Jak ci mówię, że masz się uspokoić to przynajmniej próbuj, kretynie -wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
Gdy skończył bełkotać zaklęcia mocno mnie przytulił.
-Przepraszam... Nie panuję nad sobą ostatnio -wyszeptał i pocałował mnie w czubek głowy.
Zamknęłam oczy i wtuliłam się w niego spokojniejsza.
-Wiem. Nie przepraszaj -mruknęłam cicho i pogładziłam go po plecach.
-Kocham cię -wymamrotał cichutko.
Spojrzałam w jego szkliste, brązowe oczy.
-Ja ciebie bardziej -odparłam i pocałowałam go w policzek.- Nie płacz -poprosiłam cicho.
-Postaram się -odparł równie cicho i przytulił mnie mocniej.














Oj długo nie mogłam nic wymyślić. Dopiero dzisiaj wzięłam się za pisanie rozdziału. Nie miałam w ogóle pomysłu, a tu nagle taki spontaniczny, piękny Egon wyszedł ♥
Chyba tyle mam do powiedzenia.
Pozdrawiam, proszę o komentarze, blabla..
~T


Komentarze

  1. Egon, chyba spodobało ci się to imię c:
    Mimo to na poczatku wzięłam go za taka kopię Agzyla, tyle, że bez skrzekliwego głosu.
    Mimo to jest urocza postacia i wzbudził we mnie dosyć miłe uczucia, jak na Egona.
    Co do żyłki w dupie to zapewniam, że jest, sam widziałem.
    Kontynuujac podoba mi się postawa Dołohowa, jest urocza c:
    Nie wiem co napisał, ale rozdził mi się podobał c:
    Kocham, pozdrawiam i czekam na nowy rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaczynam lubić Egona! :D Tak słodko troszczył się o Rebekę (emm... tak to się odmienia? XD)
    Przepraszam, że dopiero teraz, ale byłam na wyjeździe i nie bardzo miałam jak napisać. No i do tego dochodzi moje lenistwo. XD
    Tak czy siak, rozdział świetny!
    Pozdrowienia i weny! :*

    http://w-zyciu-trzeba-byc-szczesliwym.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

rozdział XXXVII

rozdział XLI

rozdział XLIV