rozdział XXXIV

Za oknem, zasłoniętym ciemnobordową zasłoną, zaczęły nieśmiało pojawiać się blade, pomarańczowe promienie. Mrok, który zawładną pokojem, zaczął usuwać się powoli budzącemu się dniu. Moje powieki również poddały się w tej walce i zaczęły opadać, dając wytchnienie zmęczonym oczom. Czułam przyjemne ciepło, miękkość pościeli, rozkoszne znużenie, po całonocnym czuwaniu nad przyjacielem, który śnił bardzo niespokojnie. Pozwoliłam sobie jednak opuścić wartę i odpocząć odrobinę. Już czułam jak moje ciało staje się coraz lżejsze, a myśli jakby uciekały w sferę snów. Poczułam jednak jak nagle obok mnie ktoś wykonał gwałtowny ruch. Drgnęłam, otwierając niechętnie oczy. Następnie spojrzałam powolnie przez ramię. Ujrzałam Egona, który podniósł się do pozycji siedzącej. Skulił się lekko, przez co nie widziałam jego twarzy, gdyż jego długie włosy dobrze ją zakrywały. Westchnęłam cicho, po czym mocno przetarłam oczy. Na tyle mocno, że ujrzałam mroczki. Potrzebowałam się jednak rozbudzić. Również usiadłam, a następnie przeciągnęłam się trochę. Przymrużyłam oczy, gdy okazało się, że promienie słońca dosięgnęły mnie już tutaj. Po chwili spojrzałam na mężczyznę. Egon wbijał wzrok w dłonie, ściskając palce. Delikatnie położyłam dłoń na jego przedramieniu. Ten lekko przekręcił głowę, spojrzawszy na nią. Powoli pogładziłam jego ciepłą skórę. Egon uniósł głowę i spojrzał na mnie. Ujrzałam twarz niezwykle zmęczonego człowieka. Był lekko blady, co wyjątkowo źle współgrało z jego przekrwionymi oczami. Cienka skóra pod nimi była sina. Cienkie pasma rudych włosów przylepione były do jego skroni i czoła. Natomiast oczy… Oczy były puste. Bez wyrazu. Jakby ktoś skradł z nich tę życiodajną iskierkę. Egon patrzył na mnie, niemal nie mrugając. Uśmiechnęłam się do niego blado, bez przekonania.
- W tym świetle twoje oczy są pomarańczowe - powiedział cicho, zachrypniętym głosem.
Kąciki moich ust pewniej powędrowały do góry. Uniosłam po chwili rękę i delikatnie zgarnęłam pasmo jego włosów za ucho. Twarz mężczyzny nadal była tak samo statyczna i przygnębiona jak na początku. Westchnęłam cicho, patrząc na niego.
- Wstajemy - zadecydowałam cicho, lecz stanowczo. - Ja pójdę zrobić coś do jedzenia, a ty pójdziesz wziąć prysznic - dodałam równie cicho. 
Egon spuścił wzrok, ale pokiwał głową na zgodę. Nachyliłam się i delikatnie pocałowałem go w czoło. Mężczyzna spuścił głowę, kuląc się lekko. Z cichym westchnieniem wstałam z łóżka. Sięgnęłam po szarą bluzę Egona, która wisiała na podłokietniku fotela. Odwróciłam się jeszcze, by ponownie na niego spojrzeć. Egon dość mocno tarł dłonią po swoim ramieniu.
Widzimy się w kuchni - mruknęłam łagodnie po czym odwróciłam się. Ruszając do wyjścia z sypialni zaczęłam wsuwać dłonie w rękawy. Bluza była oczywiście za duża na mnie. Przełożyłam ją jednak przez głowę i nasunęłam na ciało, okryte jedynie czarną podkoszulką i bielizną w tych samych odcieniach. 
Niespiesznie przedostałam się do kuchni. Wypuściłam jednak spore ilości powietrza w płuc, gdy zobaczyłam jej wnętrze. Większość szafek i szuflad była pootwierana, barek zginął pod stertą opakowań z jedzeniem, paroma brudnymi talerzami i kubkami. To samo działo się na blacie  kuchennym. Ogólnie rzecz ujmując syf jakich mało. Przetarłam twarz, zamykając przy tym oczy. Skupiłam się na tym wszechogarniającym nieporządku i wybełkotałam pod nosem ‚Chłoszczyść’. Gdy uchyliłam powieki ujrzałam, iż brudne naczynia lądują w zlewie, puste opakowania znikają w koszu na śmieci, bród z podłogi jest zamiatany przez miotłę i tak dalej. Obejrzałam się na korytarz za mną. Tam moje zaklęcie już nie dotarło. Jestem najwidoczniej zbyt zmęczona. Choć prawdę mówiąc trochę mnie to zaniepokoiło, gdyż nie zdarzały mi się nigdy takie pomyłki. Postanowiłam jednak machnąć na to ręką. Ruszyłam spokojnie w stronę zlewu, omijając miotłę, która powoli się do mnie zbliżała. Złapałam za brudne naczynia i dokładnie je umyłam. Mokre kubki, talerze i sztućce odłożyłam na suszarkę obok zlewu. Gdy wycierałam dłonie o suchą ścierkę, spojrzałam na wiszącą obok mnie oszkloną szafkę. Tam, na półce, widniał czarny kubek z podobizną Scotta. Wiem, że u chłopaka znajduje się taki sam, lecz z twarzą rudzielca na nim. Uśmiechnęłam się blado. Nie chcąc zbytnio o tym myśleć podeszłam do lodówki. Po jej otwarciu przekonałam się, że trudno będzie mi przygotować coś treściwego. Pocieszała mnie jednak myśl, że mój przyjaciel nie będzie w stanie zjeść zbyt wiele. Wyciągnęłam więc parę jajek, mleko, jakąś szynkę, parę warzyw. Następnie wykrzesałam z siebie jak najlepsze zdolności kulinarne i przygotowałam coś na wzór jajecznicy. Nie jestem zbyt dobra w kuchni, ale na potrzeby mojego rudego alkoholika nauczyłam się przygotowywać pare prostych dań. Musiałam podtrzymywać jego czynności życiowe w razie podobnych sytuacji jak ta. To nie był pierwszy raz kiedy Egon popadał w takie stany. Zawsze mam jednak nadzieję, że to już ten ostatni raz. Z cichym westchnieniem wyciągnęłam z chlebaka pieczywo. Nie było ono pierwszej świeżości, ale jeszcze nadawało się do jedzenia. Z szuflady wydobyłam duży zębaty nóż. Mruknęłam pod nosem zaklęcie i wypuściłam z ręki nóż. Ten jednak nie upadł, a zaczął kroić chleb. W tym samym czasie ujęłam czajnik, który napełniłam prostym zaklęciem. Następnie postawiłam go na rozpalonym palniku. Ujęłam pokrojone kromki chleba i ułożyłam je na umytym wcześniej talerzu. Przełożyłam na niego również jajecznicę. Talerz następnie położyłam na barku i przysunęłam bliżej krzesła, znajdującego się po drugiej stronie. Odwróciłam się i spojrzałam na wiszące przede mną szafki. Wybrałam odpowiednią i po otwarciu drzwiczek ujrzałam zestaw kubków, szklanek, szklaneczek, kieliszków i tym podobnych. Wybrałam dwa kubki. Następnie, delikatnym machnięciem dłoni, sprawiłam, iż z szafki obok wyfrunął słoik z kawą. Gdy ten wylądował obok kubków, które umiejscowiłam na blacie, oparłam dłonie o kredens i spuściłam głowę, zaciskając powieki. Zaczęłam bełkotać różne zaklęcia, starając się zachować czysty umysł. Przestałam jednak gdy do moich uszu doszedł brzęk upadającej łyżki. Podniosłam głowę i ujrzałam rozsypany na blacie cukier. Przyjrzałam się temu po czym szybkim ruchem dłoni zrzuciłam cukierniczkę z blatu. Ta upadła półtora metra dalej, zderzając się ze ścianą i robiąc dużego bałaganu. Cholernie proste zaklęcia, a ja partolę je jak jakiś marny uczniak. Ze złością ponownie mruknęłam ‚ Chłoszczyść’. Rozsypany cukier trafił do kosza, a cukierniczka wróciła na miejsce, z którego ją zrzuciłam. Czajnik zaczął nieznośnie piszczeć. Zalałam kawę z paroma kryształkami cukru w środku. Jeden z kubków postawiłam obok talerza. Spojrzałam w stronę wyjścia z kuchni. Nie dobiegał mnie żaden dźwięk. Westchnęłam ciężko po czym ruszyłam do sypialni Egona. Zapukałam do zamkniętych drzwi. Nie usłyszałam nic więc postanowiłam bezceremonialnie wejść. Nacisnęłam na klamkę, a drzwi ustąpiły. W środku ujrzałam Egona, siedzącego na skraju łóżka. Jego biodra były okryte białym ręcznikiem, po nagiej klatce piersiowej ściekały jeszcze pojedyncze krople. Niektóre kapały z medalika mamy. Jego rude, długie włosy były całkiem mokre i układały się w wielkie kołtuny na plecach. Jedno spore pasmo zwisało przez jego ramię w dół wraz ze spuszczoną głową. Gdy weszłam do sypialni, mężczyzna nie zareagował. Dalej wbijał wzrok w swoje dłonie. 
- Dlaczego się nie ubierasz? Przygotowałam śniadanie - powiedziałam cicho. Ten otarł dłonie o siebie i uniósł lekko głowę.
- Nie mam czystych ubrań - zaskrzeczał dość wysokim i zachrypniętym głosem, patrząc przed siebie. Rzuciłam szybko okiem na pomieszczenie. Wszędzie walały się jakieś jego części garderoby, ale rzeczywiście nie wyglądały na czyste. Uniosłam rękę i złapałam się za kark.
- Dobrze, ale chyba na… na górze powinno coś być - mruknęłam niepewnie. - Prawda? 
Ten pokiwał szybko głową. Patrzyłam jak za wszelką cenę próbuje zebrać się do kupy. Po dłuższej chwili spojrzał na mnie tym pustym wzrokiem.
- Przyniesiesz? - Wybełkotał cicho. Patrzyłam mu uważnie w oczy. Panował tam ogromny ból, który wręcz więził w środku. 
- Nie chcesz zrobić tego sam? - Spytałam cichutko. Ten jednak spuścił głowę, potrząsając nią przecząco. Znów zaczął trzeć dłońmi o siebie. Skinęła lekko głową. - Dobrze. Zaraz wrócę…
Wycofałam się z pokoju po czym skierowałam swe kroki na schody. Były szerokie, drewniane i niezwykle masywne. Sprawiały wrażenie ciężkich, ale przez swój prosty styl idealnie wpasowywały się w nastrój całego mieszkania. Stanęłam na szczycie schodów i ujrzałam ogromną, otwartą sypialnię z dużym oknem balkonowym po prawej stronie. Pomieszczenie było czyściutkie więc można było odnieść wrażenie, że schodami dostaliśmy się do innego mieszkania. Stanęłam nagą stopą na chłodnych, jasnych panelach, przykrytych dalej beżowym dywanem. Uniosłam wzrok na duże, dwuosobowe łóżko, idealnie zaścielone ciemną narzutą. Nad zagłówkiem wisiała tablica obwieszona mnóstwem magicznych zdjęć. Przedstawiały dwóch najprzystojniejszych mężczyzn jakich było mi dane widzieć. Roześmiane twarze Scotta i Egona spoglądały na mnie ze ściany. Na jednym machali do fotografa, na drugim leżeli pod wspólnym kocem na kanapie, wtuleni w siebie, kolejne przedstawiało Scotta na miotle, unoszącej się parę metrów nad ziemią, następne przypominało moment, gdy Scott w zielonym fartuszku Egona próbuje podrzucić naleśnika na patelni, lecz ten ląduje na podłodze. Mnóstwo wspomnień. Wprost nie mogłam na to patrzeć. Wiem dlaczego Egon prosił bym tu przyszła za niego. On nie zniósłby tego ciosu wspomnień jaki oferuje to jedno pomieszczenie. 
Podeszłam szybko do ciemnobrązowej komody, stojącej pod ścianą po lewej stronie. Otworzyłam pierwszą lepszą szufladę. Napotkałam na bieliznę. Ujęłam więc kilka par bokserek. Z następnych szuflad wyciągnęłam koszule, podkoszulki i spodnie. Starałam się wybierać je spośród ubrań Scotta, których było tam sporo. Wygładziłam naruszone ubrania w szufladach po czym je zamknęłam. Nie chciałam tu niczego burzyć. Egon chciał pozostawić to pomieszczenie w nienaruszonym stanie. Nie mam najmniejszego powodu by stawać mu na drodze. To jego żałoba. 
Niedługo potem byłam już na dole. Podeszłam do drzwi od sypialni rudzielca, a następnie powoli je uchyliłam. 
- Egon? - Mruknęłam, zaglądając do środka. Mężczyzna stał przy oknie i przyglądał się ośnieżonemu podwórzu. Nie zwrócił na mnie uwagi. Ja jednak weszłam do środka. - Przyniosłam ci ubrania - powiedziałam cicho do jego nagich, rozbudowanych pleców. Położyłam ubrania na łóżku, gdzie przedtem siedział. Egon odwrócił się powoli. Spojrzał na ubrania po czym podszedł do łóżka.  Lekko drżącymi dłońmi sięgnął po czarną koszulę, leżącą na wierzchu. Przyglądałam się mu niepewnie. Był pogrążony w takiej apatii, że nie potrafiłam przewidzieć jego następnych ruchów. Ciągle milczał. Patrzyłam jak Egon powoli przykłada koszulę do twarzy. Jak zamyka oczy, napawając się jej zapachem. Widziałam jego zmarszczone czoło, nadal drżące dłonie, łzy, spływające po policzkach. Spuściłam wzrok.
- Ubierz się. Czekam w kuchni - wyszeptałam po czym szybko wyszłam. Nie byłam w stanie patrzeć na niego, gdy tak cierpi. Zbyt długo przyglądałam się jego łzom, nie mogąc nic zrobić. Tak bardzo chcę mu pomóc. Tak samo jak on pomógł mi. Czuję ogromną bezsilność, bo nie potrafię zrobić tego wszystkiego, co on zrobił dla mnie. 
Weszłam do kuchni i przeszłam za barek. Następnie sięgnęłam po swój kubek z kawą i upiłam łyk. Oparłam się o blat za mną i wbiłam wzrok w wejście do kuchni, biorąc głęboki oddech. 
Po naprawdę dłuższej chwili w progu pojawił się Egon. Miał na sobie tamtą koszulę, jak zwykle niedopiętą oraz spodnie, niezbyt pasujące, ale to nie było ważne. Jego włosy nadal były mokre. Nie rozczesał ich, więc wciąż wyglądały jak jeden wielki kołtun. 
Mężczyzna podszedł do barku, spojrzał na talerz z jajecznicą i dość niepewnie usiadł na wysokim krześle. Po chwili uniósł na mnie wzrok. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie.
- Smacznego - powiedziałam cicho. 
Ten spojrzał na talerz, a następnie zaczął jeść. Bardzo powoli. Sączyłam kawę, przyglądając mu się co jakiś czas. Egon nadal milczał. 
Gdy skończył jeść odsunął talerz i spojrzał na mnie. Trzymałam prawie pusty już kubek po kawie. Również na niego spojrzałam i uśmiechnęłam się blado. Egon wstał, obszedł barek, podchodząc do mnie. Następnie przytulił mnie bardzo mocno. Wtuliłam się w przyjaciela.
- Dziękuję ci - wyszeptał w moje włosy. Pogładziłam go po plecach.
- Nie masz za co - odparłam cichutko. - Tylko weź się w garść, albo przynajmniej mów, gdy coś się dzieje.
Egon pokiwał szybko głową. Odsunęłam się lekko, by widzieć jego twarz. Z góry patrzyły na mnie jego zmęczone, brązowe oczy.
- Dasz sobie radę? - Spytałam. 
- Tak - powiedział słabym głosem. Nie była to przekonywująca odpowiedź. Ten chyba wyczuł moją niepewność. - Naprawdę. Jestem w dołku, ale to wczoraj był ten najgorszy moment - mruknął rozkładając ramiona. Jakby chciał pokazać to całą swoją osobą. - Teraz będzie lepiej - dodał pewniej. Patrzyłam na niego uważnie. Po chwili westchnęłam ciężko i pokiwałam głową.
- Dobrze, niech ci będzie. Cieszę się - powiedziałam szczerze, patrząc mu w oczy. Egon uśmiechnął się blado.
Następne parę godzin spędziłam zbierając śmieci, puste butelki oraz brudne naczynia z niemal wszystkich pomieszczeń na dole. Następnie zagoniłam rudzielca do zmywania. Wiedziałam, że zajmie mu to dłużej niż zwykle więc miałam pewność, że będzie miał zajęcie inne niż picie. Zebrałam również jego ubrania oraz wyprałam je. Zajęłam się również ścieraniem kurzu oraz innymi porządkami. Po wyposażeniu jego lodówki pożegnałam się z przyjacielem. Zagroziłam, że jeśli następnym razem nie zwróci się o pomoc to osobiście mu nakopię. Wydaje mi się, że przyjął moją przyjacielską radę.
Przed powrotem do szkoły musiałam załatwić jeszcze jedną sprawę. Gdy więc już się wykąpałam i doprowadziłam do jakiegokolwiek stanu, opuściłam dom Egona, a przeniosłam się z kolei do posiadłości Lestrange. Bez wahania zapukałam do ciężkich, ciemnych drzwi. Niebawem otworzył mi skrzat domowy. Widząc mnie pokłonił się szybko.
- Panna Riddle. To zaszczyt - wymamrotał.
- Witaj, jest Bellatrix? - Spytałam, patrząc na skrzata w podartej szacie i z bardzo postrzępionymi uszami. 
- Oh tak. Proszę, niech pani wejdzie - powiedział, otwierając szerzej drzwi i spuszczając głowę, gdy przechodziłam przez próg. - Ja zawołam panią Lestrange - dodał i już zaczął się szybko wycofywać w stronę schodów.
- Nie - zatrzymałam go, unosząc dłoń. Skrzat zamarł z przerażeniem na twarzy. Uśmiechnęłam się brzydko. - Sama się do niej przejdę - powiedziałam spokojnie, na co przestraszony skrzat pokiwał głową. Drżącą dłonią wskazał na schody. Ruszyłam więc w tamtą stronę. Weszłam na górę po starych, ciemnych schodach. Spojrzałam na duży salon, do którego zaprowadziły mnie stopnie. Panował tu półmrok mimo wczesnego popołudnia. Starodawne, drewniane meble idealnie pasowały do tego pomieszczenia. Wszechogarniający przepych, mrok, tajemniczość. Jak cała posiadłość Śmierciożerczyni. Uśmiechnęłam się lekko i ruszyłam powoli przed siebie. - Bellatrix - zawołałam melodyjnym głosem. Odpowiedziała mi cisza. Zaśmiałam się pod nosem po czym wysunęłam różdżkę z tylnej kieszeni spodni. - Bella - powtórzyłam roześmiana.
Zatrzymałam się przy dużym, czarnym fotelu na skraju salonu. Oparłam się o niego, patrząc na wąskie drzwi od jej małego gabinetu. Wiedziałam, że tam jest. Bardzo dużo czasu tam spędzała. Wkrótce okazało się, że się nie myliłam. Usłyszałam bowiem ciche kroki za owymi drzwiami. Z uśmiechem spuściłam głowę i spojrzałam na swoją różdżkę, którą zaczęłam obracać między palcami. Drzwi od gabinetu otworzyły się, a ze środka powoli wysunęła się pewna postać. Uniosłam wzrok i spojrzałam na kobietę. Była ubrana w swoją ulubioną czarną suknię z wieloma warstwami. Na nogach miała wysokie, skórzane kozaki, wiązane na sznurowadła. Czarne włosy, przeplatane gdzieniegdzie siwymi pasmami, układały się w niekontrolowane loki, przerzucone na prawą stronę. Jej wzrok wyrażał dużą niepewność. Uśmiechnęła się jednak do mnie. Blado, bo blado, ale jednak. Podeszła powoli.
- Rebekah - powiedziała w końcu, rozpościerając ramiona. - Co cię tu sprowadza? - Starała się utrzymać swobodny ton. Uśmiechnęłam się do niej. Nie był to jednak przyjazny uśmiech.
- Co mnie sprowadza… - zastanowiłam się. Odsunęłam się od oparcia fotela, stając pewniej na nogach i spojrzałam na kobietę uważnie. - Sprowadza mnie pewna tajemnicza sprawa… Nie wiem, może o niej słyszałaś co nieco - mruknęłam, podchodząc do niej. Kobieta unikała mojego wzroku, wbijając go w podłogę. Pokiwałam spokojnie głową i odeszłam na bok, odwracając się od niej. Po chwili jednak ponownie spojrzałam na kobietę. Tym razem jednak dość surowo. - Co to ma być? - Burknęłam cicho. Bellatrix nadal milczała. To zadziałało na mnie jak płachta na mugolskiego byka. - Zadałam ci pytanie! - Krzyknęłam, tracąc panowanie nad sobą. Kobieta przymknęła na chwilę oczy. Za chwilę jednak je otworzyła. Ciągle wbijała wzrok w podłogę. - Zapomniałaś języka w gębie? - Warknęłam głośno. Patrzyłam na nią uważnie. - Spójrz na mnie.
Bella uniosła wzrok i spojrzała na mnie niepewnie. Widziałam strach w jej oczach. Bardzo mi to odpowiadało w tym momencie. 
- O co chodzi z tym listem? - Spytałam spokojniej.
- Draco ci powiedział? - Mruknęła cicho.
- Nieważne skąd wiem. Co jest w liście? - Spytałam ostrzej. Lestrange spojrzała w bok. Nie uzyskałam kolejnej odpowiedzi. Zaczęłam się śmiać. Niemal histerycznie. Spojrzałam na kobietę i wymierzyłam w nią różdżką. Ta uniosła na mnie wzrok. Nieco przerażony. Zaczęłam się do niej powoli zbliżać. - O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego nikt nie chce mi nic powiedzieć? Co to za wielka tajemnica?
- Przykro mi, ale nie mogę powiedzieć - odparła cicho, obserwując moją różdżkę.-Zawarliście wszyscy Przysięgę Wieczystą czy co? - Warknęłam rozeźlona. Ta natychmiast spuściła wzrok. Zatrzymałam się, patrząc na nią z niedowierzaniem. Kobieta nadal milczała. - Przysięga Wieczysta… Wszyscy? - Wymamrotałam zaskoczona. Ta pokiwała głową niemal niewidocznie. Poczułam jakby krew zawrzała w moich żyłach. Palce w momencie zacisnęły się na różdżce. Niewiele myśląc uniosłam ją wyżej, wymierzając w Bellatrix. Kobieta spojrzała na mnie z przerażeniem. - Crucio - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Lestrange natychmiast upadła na kolana. Mocno zacisnęła powieki, tłamsząc w sobie ogromny ból. Patrzyłam na jej cierpienie z niebywałą złością. Nie potrafiłam w to uwierzyć. Wszyscy… Cholera jasna wszyscy. Nagle usłyszałam ciche jęknięcie. Bella niemal słaniała się. Mało brakowało, by straciła przytomność. Opuściłam różdżkę. Kobieta z ulgą nabrała powietrza w płuca i upadła wycieńczona na podłogę. Patrzyłam na nią z pogardą. - Przygarnęłaś mnie, uczyłaś, dawałaś przykład. Po tych wszystkich latach robisz mi takie świństwo? - Mruknęłam cicho. Bella spojrzała na mnie spomiędzy zburzonych loków. - Dziękuję za nauczenie mnie zaufania… Które następnie pięknie spieprzyłaś - powiedziałam z ledwo wyczuwalnym żalem spośród tego gniewu, który niemal się ze mnie wylewał. - Gratuluję Bellatrix - burknęłam cicho po czym zostawiłam ją tam. Wycieńczoną i obolałą na zimnej podłodze jej salonu.




















Dosyć dziwny rozdział, wiem. Jednak mam nadzieje, że nie jest tragiczny. Nie jestem pewna co do niego. Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach.
Pozdrawiam Was cieplutko.

Komentarze

  1. O kurcze, jestem zachwycona przyjaźnią i wzajemnym wsparciem Riddle i Egona ❤ To jest tak urocze c:
    Mam nadzieję, że wyjaśnisz sprawę ze Scottem :o
    Czy on umarł? Co się z nim stało? :o
    Kurde, to co zrobiła Bella, jasna cholera :o
    Pisz szybciej kolejny rozdział, pozdrawiam, Black

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

rozdział XXV

rozdział XXX

rozdział XVIII